czwartek, 20 kwietnia 2017

chapter eighteen: sexy red riding hood.

Następnego dnia przez całe przedpołudnie w mieszkaniu dziewczyn zalegała cisza. Avery zmęczona późnym powrotem ocknęła się dopiero po jedenastej, a Roxy jak zwykle, gdy nie musiała wychodzić, wstawała koło południa. Gdy szatynka parzyła sobie herbatę, do kuchni weszła ziewając czarnowłosa.
- I jak było? - Zapytała i znowu ziewnęła.
- Fajnie. To znaczy trochę późno się kończy, ale jest w porządku.
- I co? Chcesz tam pracować?
- Tak. Ludzie są w porządku. Właściciel jest miły... Lou powiedział, że zwykle będzie mógł podrzucać mnie do domu. Chyba... zanim zapomnę powinnam przeczytać umowę i podpisać... - Avery powoli podniosła się z krzesła i poszła szukać torby, w której znajdowały się dokumenty przekazane jej w nocy przez właściciela. Wróciła do kuchni, w której rozniósł się zapach kawy i chwilę przebiegała wciąż zaspanym wzrokiem po kolejnych punktach umowy, gdy doszła do wynagrodzenia, na którym zdziwiona zatrzymała się i po chwili wpatrywania się w sumę podetknęła umowę Roxy i wskazała palcem.
- Jestem zbyt zaspana i dwoją mi się zera w oczach, czy tu jest napisane tysiąc funtów?
- O kurde, dziewczyno... jesteś pewna, że to jest tylko kelnerowanie?
- Noo... tak tu jest napisane... - Wskazała wcześniejszy punkt, w którym wyraźnie widniało słowo „kelnerka”.
- A mogłam pójść tam z tobą... - Westchnęła brunetka.
- Możesz iść ze mną i zapytać czy nie potrzebują więcej kelnerek, albo ja mogę zapytać jak będę oddawać dziś umowę.
- Nie no, żartuję... to znaczy nie miałabym nic przeciwko zarabianiu tyle, ale wolę pracować tam, gdzie teraz, bo jak mi trochę zaufają to może pozdobywam nieco doświadczenia dziennikarskiego i będę miała co wpisywać do CV. Tylko pamiętaj... jak ktoś cię będzie tam próbował wykorzystywać do... niekelnerowania... to masz mi powiedzieć i zobaczą co to dziennikarstwo śledcze!
Avery uśmiechnęła się lekko do Roxy, która wojowniczo wymachiwała łyżeczką. Chyba i tak nie do końca była w stanie uwierzyć, że nie jest to błąd, więc postanowiła upewnić się w tej sprawie u właściciela. Był też punkt, który mówił, że możliwe są premie związane z większymi projektami i organizacja wydarzeń zewnętrznych, co nie mówiło dużo dziewczynie. W gruncie rzeczy miała wpisać tylko swoje dane i podpisać się na umowie, więc pomyślała, że może to zrobić równie dobrze na miejscu, po rozmowie z właścicielem, więc schowała jeden egzemplarz umowy do torby, a drugi włożyła do teczki z dokumentami i umieściła ją w szafce w pokoju. Potem jej uwagę pochłonęło zadanie na zajęcia, więc kilka godzin spędziła na rysowaniu, dopóki nie przyszła pora na zjedzenie czegoś i zebranie się do pracy. W czasie obiadu przypomniały jej się słowa właściciela a propos ubioru i zdała sobie sprawę, że nie ma sukienek. Zabrała ze sobą niewiele rzeczy i nie planowała wybierania się gdziekolwiek w sukience, tym bardziej, że robiło się coraz chłodniej, a przed wiosną i tak planowała być w domu. Zmarszczyła brwi i poszła do pokoju brunetki.
- Roxy, nie masz pożyczyć jakiejś sukienki?
- Pewnie, że mam. A jaką byś chciała?
- No nie wiem... jakąś kolorową... właściciel powiedział...
- Myślałam, że nie ma dress code'u?
- No bo nie ma, ale wczoraj powiedział, żebym przychodziła w sukience, więc...
- Hmm... tylko pamiętaj, jakby próbował wykorzystać to, że masz na sobie sukienkę...
- Roxy... jak on ma wykorzystać to, że mam na sobie sukienkę?
- Źle... może to bardzo źle wykorzystać... nie wiesz, że sukienka to łatwiejszy dostęp?
- Roxy... proszę cię... wczoraj jak ktoś mnie złapał za ramię to po kilku sekundach był przy mnie ochroniarz...
- Ale pamiętaj: dziennikarstwo śledcze i mogę ich zniszczyć, gdyby ci coś zrobili... Ej, może skopiuję sobie twoją umowę jako dowód?
- Roxy, przysięgam ci, że jeśli ktoś zachowa się... nieodpowiednio będąc trzeźwym to pierwsza się o tym dowiesz... pozwolę ci nawet założyć na mnie podsłuch albo ukrytą kamerę... ale może na razie uznamy jakieś... domniemanie niewinności?
- Czekaj, już wiem jak zacznę artykuł. - Roxy przybrała specyficzny ton i zaczęła: - „Była ufna i nie wierzyła w złe intencje ludzi. Chociaż pożądliwe spojrzenia podążały za nią co wieczór, zdawała się ich nie zauważać. Myślała, że jest tam bezpieczna. Przekonały ją obietnice właściciela, mimo tego, co spotkało ją tam za pierwszym razie. A było to niczym przestroga, żeby nie wiązała żadnych nadziei z tym nawiedzonym miejscem. Jednak...
- Roxy! Ty chcesz napisać artykuł czy kryminał? Tylko błagam, nie nazywaj głównej bohaterki Avery... Masz sukienkę czy nie?
- Mam... - Westchnęła zawiedziona brakiem zainteresowania i podeszła do szafy. - Przymierz te. - Po chwili wyrzucania różnych ubrań z półek podała Avery trzy krótkie sukienki, jedną w kwiaty, jedną ciemnozieloną i jedną w kolorze wina. Avery po kolei ubierała rzeczy, z zadowoleniem stwierdzając, że mimo tego, że brunetka była trochę wyższa, to jej ubrania w miarę pasują.
- Idź w tej. - Mruknęła w końcu, przyglądając się Avery ubranej w ostatnią z trzech sukienek. - Leży na tobie lepiej niż na mnie. No i czerwony to zdecydowanie twój kolor. Na mnie jest chyba trochę za krótka, ale jesteś troszkę niższa, więc jest akurat. Miała być kolorowa to jest.
- Jesteś pewna?
- Tak. Będzie dobrze wyglądać na okładce. - Uśmiechnęła się i przybrała znów ton lekko tajemniczego narratora. - „Jednak ona chciała spróbować, bez względu na niebezpieczeństwo, bez względu na przestrogi. Gdy kręciła się, ocierając się o napalone ciała nietrzeźwych gości w zbyt krótkiej, krwiście czerwonej sukience...
- Jest za krótka? - Roxy przewróciła oczami i kontynuowała:
- „... w odpowiednio krótkiej, krwiście czerwonej sukience, ignorowała ciężkie oddechy, które powodowały jej ledwo zasłonięte, zgrabne nogi. Przez pewien czas zadowalali się patrzeniem na nią. W końcu jednak nadszedłby ten moment, w którym ktoś złapie ją za ramię i zaciągnie do najbliższej toalety. Ochrona miała jej pilnować, ale wiadomo było, że właściciel tylko czeka, żeby oddać ją w łapy kogoś, kto zaproponuje dobrą cenę. Może nawet chciał jej dla siebie. Mógł ją przecież w dowolnym momencie przywołać do swojego gabinetu. Gdy przyszła do niego z umową nie miał już zahamowań... podpisała papier, dzięki któremu była jego przez prawie całą noc. Gdy zamknął drzwi na klucz myślała naiwnie, że chce mieć spokój, żeby z nią porozmawiać, ale gdy przycisnął ją do ściany...
- Roxy! Czyli jednak nie kryminał tylko scenariusz do pornosa?
- Dobra no... ale będę wszystko wiedzieć, tak?
- Tak, pierwsza się dowiesz o wszystkich pożądliwych spojrzeniach i pchnięciach na ściany... zadowolona? Pożyczam sukienkę i zbieram się... Lou ma po mnie przyjechać...
- „Tajemniczy barman od początku miał na nią ochotę. Każde jego spojrzenie rzucane ukradkiem, gdy dziewczyna odbierała od niego tacę z alkoholem, zdawało się ją rozbierać. Co chwilę mógł podziwiać jej zgrabne ciało, chociaż żałował, że dzieli ich bar. Jednak, gdy co wieczór odwoził senną dziewczynę do domu, pomyślał, że nie sprzeciwi się, gdy zabierze ją do własnego mieszkania i będzie z nią wreszcie sam na sam...
- Wiesz, że tajemniczy barman Lou mieszka z tajemniczym członkiem zespołu Joelem?
- Czyli trójkąt? Czy będą ją wykorzystywali na zmianę?
- Wychodzę, bo tajemniczy barman zaraz się zjawi...
- Tylko uważaj na siebie! Mówię serio!
- Dobrze mamo! - Avery zaśmiała się wychodząc i uniknęła poduszki, która poleciała w jej stronę odrobinę za późno.
Po niecałej półgodzinie wsiadła do samochodu Louisa i przywitała się z barmanem i Joelem, który też jechał z nimi.
- Co masz pod płaszczem? - Zagadnął Lou, gdy usiadła obok niego.
- Ubranie... a czemu pytasz?
- Bo wystają tylko twoje gołe nogi. Nie będzie ci zimno?
- Jak mnie odwieziesz z powrotem to nie... chyba, że masz inne plany?
- Nie, tak tylko pytam... Czyli to już pewne, że będziemy razem pracować?
- Na to wygląda.
- Fajnie. Po naszej ostatniej kelnerce przyda się ktoś normalny.- Mruknął Joel, a Avery odwróciła się do niego.
- A co stało się z ostatnią?
- Za bardzo rozrabiała i szef ją wyrzucił.
- Noo... na końcu to już nieźle przeginała... - Dodał Lou.
Dosyć szybko pojawili się na tyłach klubu i gdy wchodzili wejściem służbowym, dziewczyna przypomniała sobie o umowie.
- Myślicie, że mogę pójść do pana Sterlinga porozmawiać o umowie?
- Pewnie. Pamiętasz drogę czy zaprowadzić cię?
- Pamiętam, dzięki.
- W razie czego to dzisiaj pracuję na barze przy parkiecie, ale Niall jest w porządku, więc nie krępuj się go pytać o cokolwiek. Jak skończysz to zejdź na parkiet do mnie to cię odwiozę.
- Okej, dzięki.
Dziewczyna skierowała się na schody rozpinając płaszcz, bo wewnątrz było dużo cieplej niż na dworze i znanym już sobie korytarzem na piętrze udała się do drzwi właściciela i zapukała. Po przytłumionym „proszę” z lekkim uśmiechem weszła do pomieszczenia.
- O, Avery, dobrze, że jesteś. Przepraszam, nie masz nic przeciwko, żebym mówił ci po imieniu?
- Nie.
- To dobrze. Mam nadzieję, że zrewanżujesz się tym samym... i tak dla wszystkich jestem Lucasem albo „szefem”. - Mężczyzna uśmiechnął się i kontynuował: - A więc przychodzisz z podpisaną umową czy masz jakieś pytania? Bo mam nadzieję, że nie zmieniłaś w międzyczasie zdania?
- Nie... Właściwie to chciałam zapytać.. czy na pewno w umowie została zapisana właściwa suma wynagrodzenia?
- Pokaż... - Avery wyciągnęła umowę i podała ją mężczyźnie. - Tak.
- To nie za dużo jak na zwykłe kelnerowanie?
- Nie... klub dobrze prosperuje, a ja cenię porządnych pracowników. Nie widzę powodu, dla którego miałbym aż tak skąpić. Poza tym nie wszyscy chcieliby pracować w weekend i to w takich godzinach...
- A czym są te większe projekty i organizacja wydarzeń zewnętrznych?
- Co jakiś czas zdarza nam się organizować imprezy dla kogoś albo jakieś specjalne typu sylwester... wtedy czasem pracownicy pomagają w przenoszeniu i ustawianiu dodatkowego sprzętu, dekorowaniu sali i tym podobnych... czasem jest to kwestia innych godzin pracy... a wydarzenia zewnętrzne to po prostu imprezy urządzane poza klubem, zwykle na zamówienie, w domu lub miejscu wynajętym przez klienta, a obsługiwanym przez nas.
- Aha.
- Wiem, brzmi trochę dziwnie, ale lepiej wygląda w umowie. - Mężczyzna uśmiechnął się i spojrzał na dziewczynę wyczekująco. - Coś jeszcze cię niepokoi?
- Nie, chciałam się po prostu upewnić. - Avery uśmiechnęła się i sięgnęła po długopis leżący na biurku Lucasa. Wpisała swoje dane i podpisała się na końcu umowy i oddała egzemplarz szefowi.
- Noelle Blaise? - Zapytał patrząc z lekkim zdziwieniem na dziewczynę. - Myślałem, że masz na imię Avery... to znaczy, nie poprawiłaś mnie przed chwilą...
- Tak... to jest trochę śmieszne... mam babcię Francuzkę i mama wymyśliła, że ja i moje rodzeństwo pierwsze imiona będziemy mieli francuskie a drugie angielskie... ale wszyscy używamy tych drugich, a w dokumentach liczą się pierwsze, więc... w umowie jestem Noelle, ale jestem przyzwyczajona do Avery...
- Noelle jest bardzo ładne...
- Tak, ale chyba nie mogłabym się już teraz przestawić...
- Rozumiem. Pamiętaj, że jakby się coś działo to od razu powiedz, albo mi, zwykle tutaj mnie znajdziesz, albo na sali, albo któremukolwiek z ochroniarzy czy barmanów... nie chcę żadnych chamskich zachowań wobec moich pracowników, więc po prostu powiedz jakby działo się coś co ci nie odpowiada.
- Dziękuję. To ja idę na dół. - Avery uśmiechnęła się i opuściła pokój. Podobało jej się zachowanie mężczyzny, czuła się pewniej znając jego nastawienie i teraz wizje snute przez Roxy wydawały się jej jeszcze zabawniejsze. Szła powoli uśmiechając się pod nosem, gdy usłyszała:
- Co? Jeszcze tutaj? - Chłopak o niesamowitym głosie stał oparty o ścianę na korytarzu i palił papierosa. Przyglądał się dziewczynie spod lekko zmarszczonych brwi, ale jego wzrok wyrażał raczej znudzenie niż złość.
- Tak, a co?
- Nie powinnaś kłaść się spać o takiej porze? - Prychnął chyba nie będąc zachwycony jej obecnością, więc postanowiła go ominąć i zejść na salę. On jednak zirytował się raczej jej unikiem i zanim zdążyła go minąć złapał ją za ramię i zatrzymał. - Chyba się nie przestraszyłaś?
Wczoraj podobał jej się jego głos, taki niski, z lekką chrypą gdy śpiewał, ale teraz był jakby zimny i budził w niej jakieś złe skojarzenia. Chciała zachować minimum profesjonalizmu i spojrzała mu w oczy i mruknęła spokojnie:
- Nie, ale mam pracę. Możesz mnie zostawić?
- A nie pomyliły ci się miejsca pracy? Może przedszkole byłoby lepsze?
- Dzięki za troskę, ale tu mi dobrze. - W tym momencie sytuacja jeszcze bardziej zaczęła ją męczyć, bo chłopak zmarszczył brwi i zacisnął mocniej palce na jej ramieniu. Nadal jednak stała starając się patrzyć na chłopaka bez emocji, aż po chwili dały słyszeć się kroki na korytarzu i jego palce rozluźniły się, dzięki czemu mogła bez słowa skierować się na salę zostawiając chłopaka za sobą. Wczoraj ciekawiła ją jego osoba, ale dzisiaj jego zachowanie raczej ją przestraszyło. Cieszyła się tylko, że zachowała zimną krew i szybko znalazła się poza jego zasięgiem. Właściwie nie wiedziała czego chciał, dlaczego czepiał się jej, chociaż nic o niej nie wiedział. W tym momencie mocno postanowiła ignorować bruneta. Może jej nie lubić, ale przy ludziach nie powinien nic jej zrobić, więc najlepszym wyjściem będzie nie przejmowanie się nim. Avery westchnęła ciężko i poszła zostawić płaszcz w pomieszczeniu za barem, do którego dostęp mieli tylko pracownicy. Gdy wyszła usłyszała gwizd i spojrzała zdziwiona na Nialla, który właśnie wszedł za bar i przyglądał się jej z uśmiechem.
- Fajna kiecka. - Wyszczerzył się szerzej.
- Dzięki... Lucas powiedział, żebym przyszła w sukience...
- Jak ten człowiek to wszystko obmyśla?... - Westchnął blondyn. - Chcesz się czegoś napić?
- Nie, dzięki.
- Coś czuję, że będzie dzisiaj duży ruch...
Z jakiegoś powodu chłopak miał rację. Nawet przy samym barze rozsiadła się grupa chłopaków i gdy tylko Avery pojawiała się przy ladzie, żeby przekazać Niallowi zamówienie, mężczyźni zagadywali ją, a ona, przyzwyczajona do miłego traktowania klientów, grzecznie im odpowiadała, dopóki nie dostawała z powrotem tacy z napojami. Wtedy uśmiechała się do nich przepraszająco i odchodziła do stolików.

Zayn obserwował ją z kąta sali. Po cichu liczył, że tam w korytarzu mała mu odpyskuje, albo zacznie na niego wrzeszczeć, i okaże się nie taka święta, a dziewczyna tymczasem pozostała tak samo sztywna. Patrzyła na niego chłodnym, obojętnym wzrokiem, chociaż nie tak zwykle patrzyły na niego dziewczyny. Powiedział Lucasowi, że nowa dałaby mu się przelecieć, gdyby tylko chciał, ale teraz nie był tego taki pewien. Czemu nie mógł zostawić Leili... Dziewczyna dawała dupy większości chętnych facetów, ale pasowała tu jak ulał. Potrafiła walnąć faceta, oblać kogoś drinkiem albo nawrzeszczeć na cały stolik. Pasowała do klubu, z którego większość wychodziła pijana. Czekał tylko jak nowa zacznie piszczeć albo się rozbeczy, gdy jakiś facet zacznie ją obmacywać. Spodziewał się, że gdy już wszyscy trochę wypiją to ciągle będzie wzywać ochronę... Chociaż może to i dobrze? Może wtedy zrezygnuje? A wtedy Lucas będzie miał nauczkę, żeby nie zatrudniać dzieciaków. Obserwował ją licząc na jakąś oznakę strachu, ale żaden wodzący za nią, czy raczej jej tyłkiem, nachlany klient nie dał jej powodu do ucieczki. Nawet Niall stojący za barem wlepiał w nią wzrok. Zayn westchnął ciężko i zauważył ruch na scenie. Reszta zespołu powoli wnosiła sprzęt na podwyższenie, więc skierował się w stronę baru i zamówił u blondyna dwie setki na rozgrzewkę, a gdy odwrócił się w stronę sceny zobaczył dziewczynę rozmawiającą z Joelem. Pokiwała głową i skierowała spojrzenie prosto na niego. Szybko przeniosła wzrok w dół i patrząc bardziej pod nogi niż przed siebie podeszła do baru okrążają go z przeciwnej strony niż brunet. Złożyła zamówienie i po chwili na tacy miała kilka szklanek, które zaniosła na scenę. Zayn zmierzył zirytowanym wzrokiem Joela, który odebrał zamówienie uśmiechając się do niej. Szedł zły i przed sceną pchnął dziewczynę, która na szczęście odchodziła właśnie z pustą tacą. Niby tylko zahaczył ją ramieniem, ale była na tyle drobna, że zachwiała się, co nie uszło uwadze Joela, który mruknął zirytowany:
- Zayn, odwal się od niej.
- Kurwa, a co ja jej zrobiłem? Zrobiłem ci coś? - Warknął mierząc dziewczynę złym wzrokiem.
- Nie. - Nie zamierzała robić z siebie teraz ofiary. - Dzięki Joel. - Uśmiechnęła się do chłopaka i wycofała się w stronę baru. Za sobą słyszała jeszcze niezadowolony ton głosów obydwu mężczyzn, ale miała nadzieję, że skończą zanim dojdzie do baru. Nie zamierzała brać do siebie dziwnego zachowania chłopaka, chociaż było jej trochę przykro, że naskakuje na nią tak bez powodu. Inni nie mieli z nią problemu. Wydawało jej się, że raczej ją lubili, zachowywali się w porządku... Nie wiedziała dlaczego akurat brunet miał z nią problem.
Noc mijała dosyć szybko, chociaż jedno co musiała przyznać dziwacznej wersji Roxy to, że sukienka chyba miała jakąś siłę przyciągania... Im później się robiło tym więcej rąk kleiło się do skóry jej nóg albo materiału jej sukienki. Starała się to ignorować i w miarę możliwości trzymać dystans, co jednak nie było proste przy tłumie osób pod większym lub mniejszym wpływem. Tym co ją ratowało była pewność, że ochrona przyjdzie jej z pomocą, gdyby tylko coś poważniejszego zaczęło się dziać. Tak więc dzielnie znosiła wielką potrzebę kontaktu ich rąk z nią i już nie tak eleganckie jak na początku próby rozmowy.
- Masz, należy ci się, przeszłaś chrzest bojowy. - Mruknął Niall stawiając przed dziewczyną kieliszek czerwonego jak jej sukienka wina, gdy zniosła ostatnie szklanki. - Słodkie jak ty. - Mrugnął uśmiechając się i stuknął w jej kieliszek szklanką wypełnioną whisky. - Lucas, nalać ci czegoś? - Dziewczyna odwróciła się i zobaczyła kilka kroków za sobą właściciela zmierzającego w ich stronę.
- To co masz może być. - Lucas dosiadł się do nich i spojrzał na szatynkę. - I jak? Skoro teraz Niall poi cię winem to znaczy, że wytrzymałaś dosyć tłoczny wieczór na trzeźwo?
- Nie tylko ona, ja też musiałem caaały ten tłoczny wieczór przeżyć na trzeźwo. - Mruknął Niall i z zadowoleniem pociągnął ze szklanki.
- Biedny mały Niall i ci wszyscy napastujący cię mężczyźni... jak ty tu w ogóle wytrzymujesz? - Lucas popatrzył na barmana z rozbawieniem mieszającym się z ironią jego tonu.
- Nie wiem... możesz mi dać podwyżkę, to może jeszcze trochę wytrzymam...
- Podwyżkę to mogę dać tobie – Wskazał na dziewczynę. - Za sukienkę. Jesteś od teraz naszym klubowym czerwonym kapturkiem... - Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona, a Niall wyszczerzył się spoglądając na nią. - Przepraszam, ale już słyszałem kilka osób, które tak mówiły... - Lucas z zakłopotaniem podrapał się w głowę.
- Twoje zdrowie seksowny czerwony kapturku! - Zawył Niall, a zawtórował mu śmiech kręcących się po sali ochroniarzy.
- Żeby cię ci paskudni mężczyźni nie napastowali. - Avery wzniosła kieliszek w stronę barmana i wypiła alkohol. Blondyn będąc pewnym, że wybrał dla niej dobre wino uśmiechnął się i wyciągnął butelkę, żeby jej dolać, ale wtedy przerwał mu głos:
- Hej, Avery, jesteś gotowa? - Przy jednym z wejść pojawił się Joel.
- Tak. - Dziewczyna z ulgą pożegnała się z mężczyznami, zeskoczyła z krzesła i poszła po płaszcz, a potem podążyła za Joelem do samochodu Lou, żeby znowu w środku nocy wrócić do domu. Jedyne czym się teraz przejmowała to czy po pierwszym przepracowanym weekendzie wstanie rano na zajęcia.
  

środa, 29 marca 2017

chapter seventeen: "she doesn't belong here"

- Czyli ten tam niby szef tego wszystkiego... chce cię zatrudnić... i brzmi to jakby mu na tym zależało... nie uważasz, że to podejrzane? Najpierw ledwo unikasz nie wiadomo czego, a potem on tak cię tu zaprasza... - Roxy po dokładnym przesłuchaniu Avery w drodze do domu, którą postanowiły przejść na piechotę, była jeszcze bardziej nieprzekonana do pomysłu pracy tam.
- No tak, ale Roxy... jemu też zależy na tym, żeby złapać tych ludzi, bo może inne dziewczyny też ucierpiały i to gorzej niż ja... bardzo chciałabym pomóc... poza tym no... wiesz... może czuł się winny za to co się stało..
- I powinien!
- … no i myślał, że to będzie tak w ramach rekompensaty... może normalnie nie powiedziałby, że się nadaję, może mają tam więcej kandydatek... poza tym... i tak zdecydowałam, że pójdę tam jutro i zobaczę... powiedział, że mogę przyjść na próbę, więc... rano idziemy do tego lokalu z ogłoszenia, a wieczorem idę do klubu... - Mocnym postanowieniem Avery było nie marnowanie szans na zatrudnienie, więc jakkolwiek stresowała się trochę wizją wracania do klubu to nie widziała innego wyjścia.
W sobotę rano ogarnęły ją pewne wątpliwości odnośnie stroju, bo pamiętała, że gdy w czasie wakacji pracowała w kawiarni obowiązywał tam konkretny ubiór i nie była do końca pewna, czy pracowników w „Blue jay” też obowiązuje jakiś strój. Napisała do Louisa, którego numer miała w połączeniach nieodebranych z poprzedniego popołudnia, czy powinna przyjść jakoś konkretnie ubrana, ale ze względu na wczesną godzinę nie otrzymała odpowiedzi od razu. Chłopak miał szansę jeszcze spać, ale ona i Roxy musiały wstać wcześniej, bo później brunetka musiała iść do własnej pracy, a chciała towarzyszyć Avery przy tej rozmowie. Miejsce, do którego miały iść było nieco bliżej ich mieszkania, ale w odwrotnym kierunku niż klub. Ogłoszenie mówiło o etacie, z godzinami do ustalenia, jako pomoc kuchenna w jakimś lokalu. Avery jak najbardziej odpowiadała taka praca, bo często pomagała mamie w kuchni. Gdy stanęły przed budynkiem, w którym miał znajdować się bar, dziewczyny wymieniły spojrzenia i Roxy pierwsza, a za nią Avery, weszły do wnętrza, którego może nie można było nazwać obskurnym, ale jednak daleko mu było do porządnych restauracji. Przypominał bardziej jakąś przydworcową knajpę, szczególnie ze względu na prostokątne stoliki umieszczone ciasno pomiędzy kanapami obitymi czerwoną imitacją skóry, które były przystawione do siebie plecami. Poza tym resztę wystroju stanowiły raczej nudne czarno-białe kafelki na podłodze, równie nieciekawe beżowe ściany i lada, za którą stała jakaś kobieta. W lokalu siedziało kilka osób w większości zajętych jedzeniem bądź rozmową. Dziewczyny przeszły całą długość pomieszczenia i zatrzymały się przed ladą, gdzie kobieta przeskanowała je znudzonym wzrokiem.
- Co mogę paniom podać?
- Właściwie jesteśmy tu w sprawie ogłoszenia. Chciałam dowiedzieć się, czy nadal jest aktualne i...
- Poczekaj chwilkę, zawołam szefa. - Zniknęła za wahadłowymi drzwiami, a po chwili wróciła, a za nią szedł lekko łysiejący mężczyzna w fartuchu pochlapanym tłuszczem.
- W sprawie pracy? - Avery kiwnęła głową. - To zapraszam. - Wskazał ręką na drzwi, a dziewczyny bez słowa skierowały się za nim. - Na cały etat czy połowę?
- Najwyżej połowę... Najlepiej w weekendy...
- Może być w weekendy, ale musiałabyś przychodzić też przynajmniej dwa wieczory w tygodniu tak na trzy godziny. Ale praca jest, możesz zacząć zaraz.
- A co wchodzi w zakres obowiązków?
- Mycie, sprzątanie, czasem obieranie warzyw... zależy... od czasu do czasu okna umyć, czasem odebrać towar, jak przywiozą, a mnie nie ma.
- No dobrze, a jaka jest stawka?
- Na pół etatu to300 funtów miesięcznie.
- Tak mało? - Mruknęła Roxy, a właściciel wzruszył ramionami.
- A czego się spodziewała? To tylko pomoc kuchenna i to na pół etatu... Nie trzeba do tego tytułu doktora...
- Racja. - Mruknęła Avery i spojrzała na mężczyznę. - W takim razie zastanowię się jeszcze i jeżeli nikt inny się w międzyczasie nie zgłosi to jutro przyjdę.
- Zapraszam. Od ósmej mamy otwarte. - Kierownik najwyraźniej stwierdził, że rozmowa skończona i ruszył w stronę zlewu, gdzie leżał stos ziemniaków, które najwyraźniej musiał jak na razie sam obierać. Dziewczyny bez zachwyconych min ulotniły się z lokalu i trochę zakłopotane powoli wróciły do mieszkania.
- 300 to trochę mało... ledwo wystarczy na mieszkanie i jedzenie...
- No... rzeczywiście.. trzy funty na godzinę to tragedia... mi płacą prawie dwa razy tyle, a nie mam jak na razie dużo odpowiedzialniejszej pracy...
- Ale 300 to już coś, nie? - Zapytała Avery z nadzieją.
- Jasne... zawsze możesz szukać czegoś w międzyczasie, nie?
- No tak...
Po powrocie dostała odpowiedź od Lou, który napisał jej krótko: „czarny/czarno-biały strój jaki chcesz. przyjadę po ciebie przed 17”. No tak... musiała jeszcze tylko stawić czoła dzisiejszemu wieczorowi, bo skoro powiedziała i szefowi klubu i Louisowi, że pojawi się na próbę to chyba nie miała wyjścia. Może nie będzie dużo gorzej niż na wypełnionym zapachem spalonego tłuszczu zapleczu? Dziewczyny zjadły wczesny obiad i Roxy pożegnała się z szatynką i powędrowała do własnej pracy, a Avery poszła przebrać się w czarne rzeczy. Chciała wyglądać jak najnormalniej, więc nałożyła zwykłe czarne rurki i luźną koszulkę z krótkim rękawem opadającą jej lekko na jedno ramię. Zgodnie z obietnicą za kwadrans piąta zadzwonił Lou oznajmiając, że czeka pod blokiem. Siedział w aucie razem z Joelem i obaj uśmiechnęli się do niej na powitanie. W klubie pojawili się chwilę po siedemnastej, więc było jeszcze całkiem pusto, ale dzięki temu Louis przeprowadził sprawny instruktarz i po pół godzinie Avery mniej więcej wiedziała co i jak, a gdy szatyn powiedział jej już wszystko o czym pamiętał, przy barze pojawił się nieznany dziewczynie blondyn, przedstawiony jej jako Niall, który okazał się być barmanem pracującym za barem na sali i przy parkiecie na zmianę z Lou. Tego dnia akurat blondyn obsługiwał bar przy parkiecie, a szatyn bar na sali, dlatego zapewnił ją, że gdyby miała jakieś wątpliwości to może zgłaszać się do niego, albo Cary, dziewczyny, która pojawiła się na pięć minut przed otwarciem lokalu i była drugą kelnerką. Lokal zapełniał się bardzo powoli, dlatego przez jakiś czas Avery siedziała na wysokim barowym stołku i rozmawiała z Lou. W pewnym momencie
poczuła, że ktoś przysiadł się, co prawda nie bezpośrednio do niej, tylko dwa krzesła dalej, po jej lewej stronie. Lou, z którym wcześniej rozmawiała, został przywołany skinieniem dłoni przez przybysza. Avery przekręciła lekko głowę w stronę nowo przybyłego mężczyzny, który mruknął coś niewyraźnie pod nosem, ale najwyraźniej został zrozumiany przez szatyna, bo ten oddalił się w stronę jakichś butelek. Dziewczyna wpatrywała się przez moment w profil chłopaka, którego twarzy nie mogła dokładnie obejrzeć przez słabe światło, ale cała jego sylwetka zdradzała jakąś nonszalancję i brak przejęcia czymkolwiek. Gdy tylko złożył zamówienie, w jego dłoni pojawił się papieros i zapalniczka. Końcówka szybko zajarzyła się ciepłym, pomarańczowym światłem, na moment oświetlając jego twarz, podczas gdy mężczyzna zaciągnął się pierwszy raz i odchylił głowę lekko do tyłu, wypuszczając z ust jasny dym, który, stając się coraz mniej widoczny, szybował coraz wyżej.
- Zayn! - Usłyszała wołanie, gdzieś z boku. Przechyliła głowę jeszcze bardziej, żeby zobaczyć jak zgrabna blondynka zbliża się w stronę chłopaka. On, słysząc jej głos powoli przekręcił się na krześle, tak, że akurat w momencie, gdy dziewczyna doszła do niego, był zwrócony do niej przodem. Stanęła między nogami chłopaka i wpiła się w jego usta, lekko się przy tym przygarbiając. Brunet w jednej dłoni trzymał ciągle zapalonego papierosa, ale drugą objął blondynkę na wysokości pośladków i przyciągnął do siebie. To sprawiło, że lekko zakłopotana dziewczyna odwróciła się z powrotem w stronę Lou, który również obserwował tę scenkę, a potem zerknął na Avery, posłał jej w powietrzu buziaka i mrugnął porozumiewawczo wyszczerzając się. Po paru minutach szatynka znów odnotowała ruch i kątem oka zobaczyła, że chłopak siedzący obok wstaje i z ramieniem na barku blondynki wychodzi z sali.
- Tak myślałem, że niedługo sobie pójdą... To Zayn... musisz się przyzwyczaić do jego obecności, bo często tu gra. Wiesz, na parkiecie można poszaleć, a tu usiąść i posłuchać, porozmawiać, napić się... No... pewnie za jakiś czas poznasz cały zespół, ale można powiedzieć, że właśnie widziałaś jego „lidera”... Niezły głos, ale charakter ma chyba cięższy niż ta twoja przyjaciółka...
- Mhym...
- Wiesz, najlepiej jak zamówi coś to mu to przynieś i nie wdawaj się z nim w dyskusje... czasem ze sceny przywołuje kelnerki, żeby coś mu przyniosły, chociaż szef specjalnie tego nie lubi...- Chłopak jeszcze przez jakiś czas opowiadał jej o nim i o innych pracownikach klubu, aż w okolicy dwudziestej stoliki zaczęły się zapełniać i Avery razem z Carą ruszyły do pracy. Nie było tak źle, jak myślała... Właściwie przyznała w myślach rację właścicielowi, że jest podobnie jak w kawiarni. Krążyła między stolikami a barem przekazując Louisowi zamówienia i z uśmiechem stawiając kolejne szklanki i kieliszki przed siedzącymi tam ludźmi. W pewnym momencie przy barze pojawił się właściciel klubu chcąc zobaczyć, czy jego nowa kelnerka rzeczywiście przyszła i czy sobie radzi i z zadowoleniem wysłuchał opinii Louisa przyglądając się przy okazji uśmiechniętej dziewczynie, która właśnie zbierała kolejne zamówienia. Po chwili znalazła się przy barze i wyrecytowała szatynowi czego potrzebuje, a lekko uśmiechnięty Lucas przywołał ją do siebie.
- No i jak? Wszystko w porządku?
- Tak, jest... super.
- Cieszę się, Lou mówił, że bardzo dobrze sobie radzisz.
- To miłe z jego strony, ale nie wiem czy to nie pochwała na wyrost.
- Avery. Gotowe. - Zawołał Louis pokazując dziewczynie tacę ze szklankami.
- Tak, już. Przepraszam. - Uśmiechnęła się do swojego dzisiejszego szefa i poszła odebrać zamówienie.
- Fajna jest, nie szefie?
- Fajna. - Lucas zaśmiał się na komentarz barmana, ale oczywiście musiał przyznać mu rację, bo dziewczyna wprowadzała trochę świeżości do sali. Znowu odwrócił się przodem do stolików i skupił wzrok na dziewczynie.
- Kim jest ta mała? Skąd ty ją w ogóle wytrzasnąłeś? Przecież ona tu... nie pasuje... - Usłyszał charakterystyczny, niski głos. Zayn usiadł obok niego i też wpatrzył się w szatynkę teraz rozmawiającą z jakimś chłopakiem siedzącym przy stoliku.
- Ona tu bardziej niż pasuje. Patrz, wszyscy się za nią oglądają, a nie chodzi między stolikami półnaga...
- Ale to jest tak jakbyś jakąś pieprzoną... sarnę wpuścił w stado wilków... oni ją tam rozerwą na strzępy, zobaczysz... jeszcze trochę i z płaczem ucieknie... nadaje się co najwyżej, żeby w jakiejś cukierni babeczki roznosić...
- Nikt nikomu nic nie zrobi, ochrona ma zwracać na nią wyjątkową uwagę... poza tym... już próbowali jej tu coś zrobić i wróciła, a ja nie chcę mieć na karku policji ani następnych uprowadzonych dziewczyn... - Zayn zmarszczył brwi śledząc ruchy dziewczyny. - Wiem, że tęsknisz za Leilą i może mógłbym to zrozumieć, gdyby nie fakt, że dawała dupy nie tylko tobie, a poza tym jej wybryki stawały się już ciężkie do wytrzymania. - Prychnął Lucas przywołując wspomnienie dokładnego przeciwieństwa nowej kelnerki. Wylał Leilę, ale była to wyłącznie jej wina. Dawał jej wiele szans, a to, że ona z nich nie korzystała to wyłącznie jej sprawa.
- Nie tęsknię za nią, a ta jak tylko będę chciał to też mi da.
- Malik, nawet nie próbuj się do niej zbliżać, bo to ciebie wywalę, a nie ją.
- Dobra, i tak jej sarnie spojrzenie sprawia raczej, że chce mi się rzygać. Ale zobaczysz, że długo tu nie wytrzyma.
- Ty idź lepiej coś zagrać, nie płacę ci za ocenę personelu...
- Dobra, ty jesteś tu szefem... - Westchnął Zayn, dopił piwo, które obracał przez cały czas w ręku i odszedł w stronę sceny.
- A Zayn!... - Zawołał dopóki jeszcze brunet był w zasięgu jego głosu. - Uważaj, bo ona ma koleżankę, która gotowa jest cały ten klub zrównać z ziemią... - Lucas uśmiechnął się odwracając się z powrotem do baru. Brunet tylko wzruszył ramionami i kontynuował drogę na drugi koniec sali, gdzie było podwyższenie, na którym zbierali się już pozostali muzycy. Po kilku minutach zabrzmiały pierwsze dźwięki gitary i salę wypełnił dźwięczny, niski, lekko ochrypły głos. Brunet grał i śpiewał wodząc wzrokiem po widowni, ale w pewnym momencie jego spojrzenie przyciągnęła ta sama dziewczynka, którą obserwował z drugiego końca sali, od kiedy Cara rzuciła mu, że jest to nowa kelnerka. Nie wiedział po jaką cholerę Lucas przyjął takiego dzieciaka. Czy ona miała w ogóle osiemnaście lat? Łaziła po sali uśmiechając się do ludzi jakby ciasteczka im roznosiła... i mimo, że wpatrywała się z uwagą w każdego klienta, na niego nie spojrzała ani raz.
W jej założeniu było to całkiem logiczne, bo mimo, że jego głos przyprawiał ją o ciarki to jakoś nie chciała się z nim skonfrontować i na przykład nosić mu alkohol na scenę. Wzięła na poważnie słowa Louisa i postanowiła również nie denerwować szefa, skoro najwyraźniej nie chciał, żeby brunet pił na scenie.
Do trzeciej w nocy, kiedy lokal był zamykany, Avery prawie bez przerwy kręciła się między stolikami, aż w końcu ludzie zaczęli wychodzić i pozostało jej wreszcie ostatni raz przejść i pozbierać całe szkło. Gdy znosiła ostatnią tacę pełną pustych szklanek zauważyła, że przy barze znowu pojawił się właściciel, który gdy tylko postawiła tacę na ladzie, przywołał ją do siebie.
- No i jak było?
- Dobrze. - Avery uśmiechnęła się i już trochę zmęczona usiadła na krześle obok mężczyzny.
- Chyba nie było tak strasznie, co?
- Nie. Teraz rzeczywiście mogę powiedzieć, że było dużo lepiej niż się spodziewałam.
- Nie miałaś żadnych problemów? Nikt cię nie zaczepiał?
- Nie... Właściwie raz czy dwa teraz pod koniec ktoś mnie złapał za ramię, ale panowie z ochrony momentalnie zareagowali, także wszystko było okej.
- To jak? Chcesz tu pracować?
- Wie pan co... chyba tak...
- Tak myślałem. - Uśmiechnął się i zgarnął z lady plik papierów. - Tu jest umowa. Dwie kopie. Przeczytaj na spokojnie, w razie czego jutro możemy porozmawiać jakby coś było niejasne i jak chcesz, to jedna wersja podpisana wędruje do mnie, dobra? - Podał jej umowę i z lekkim uśmiechem wstał, pożegnał się i już chciał odchodzić, gdy jakby coś sobie przypomniał.
- Aha... nie mamy tu konkretnego dress code'u, pewnie Lou już ci to mówił, ale jakoś się przyjęło, że pracownicy ubierają się na czarno lub czarno biało... - Dziewczyna przytaknęła, ale mężczyzna kontynuował. - ...ale... gdybyś oczywiście zdecydowała się tu pracować... do ciebie pasowałby mi kolor... jakaś kolorowa sukienka najlepiej. - Uśmiechnął się i odszedł. Avery ze zdziwieniem wpatrywała się w jego plecy, ale była już trochę zbyt zmęczona, żeby zastanawiać się nad tym, co powiedział. Szef to szef w końcu, chce sukienek – będzie miał sukienki... Czekała jeszcze chwilę na Louisa, który obiecał ją odwieźć i wreszcie przed czwartą nad ranem mogła spokojnie zakopać się pod ciepłą kołdrą.

~~~~~~~~~~~
jest!

niedziela, 26 marca 2017

chapter sixteen: i'm just not so sure now.

Całą sobotę Avery była trochę otępiała, nie mogła się skupić i przede wszystkim, gdy tylko wstawała kręciło się jej w głowie i miała lekkie nudności. Roxy co jakiś czas przychodziła do jej pokoju sprawdzając, czy z dziewczyną wszystko jest w porządku, ale nie była w stanie zrobić nic, co poprawiłoby stan szatynki, więc jedynym co jej pozostawało było czekanie. Pod wieczór, gdy Roxy znów zajrzała do pokoju Avery, a ta była w nieco lepszym nastroju, opowiedziała brunetce o sąsiadce z małą Mayą i jej prawdopodobnych problemach z jakimś mężczyzną, bo chciała uczulić Roxy, gdyby ta widziała, że dzieje się coś niepokojącego. Potem Avery zrobiło się niedobrze, poleciała do łazienki, zwymiotowała, a później wróciła do łóżka i zasnęła. Obudziła się dopiero około południa w niedzielę, ale czuła się już zdecydowanie lepiej. Spokojnie się ogarnęła i zdążyła zacząć stresować się pracą na malarstwo, gdy po południu usłyszała pukanie do drzwi. Na korytarzu zobaczyła Lou i Joela razem z jej płaszczem. Uśmiechnęła się do nich i otworzyła szerzej drzwi, żeby mogli wejść.
- My tylko na chwilę, bo zaraz jedziemy do klubu. Twój, prawda? - Lou wyciągnął w stronę Avery jej jasny płaszcz.
- Tak, dziękuję.
- To znowu wy? - Roxy wyszła z kuchni i stanęła we framudze drzwi przyglądając się chłopakom z wyrazem nieufności na twarzy.
- I mój płaszcz. - Uśmiechnęła się Avery.
- Tak, tylko na chwilę. Słuchaj, rozmawialiśmy wczoraj z właścicielem klubu i jeśli będziesz miała czas to chciał z tobą porozmawiać. Chyba się zmartwił tym zajściem. Podasz mi numer to zadzwonię i któregoś dnia po ciebie podjedziemy.
- Noo... dobra.
Mimo obietnicy, nikt, ani Joel, ani Lou, ani właściciel klubu nie odezwał się do Avery. Dziewczyna, w gruncie rzeczy zadowolona z faktu zakończenia całej sprawy, przeszła nad tym klubowym incydentem do codzienności. Poza pewnym drobnym opóźnieniem związanym z wykonaniem zadania domowego, cieszyła się nawet, że nie doszło do rozmowy na temat pracy, bo ostatecznie chyba nie nadawałaby się do pracy w takim miejscu. Powróciła za to do zerkania na stronę z ogłoszeniami i w ciągu paru dni znalazła kolejną ofertę pracy w weekendy. Tym razem Roxy zapowiedziała, że idzie razem z nią, żeby w razie czego jej bronić. Postanowiły, że pójdą tam w sobotę, ale gdy w piątek Avery wróciła wieczorem do mieszkania zastała tam Roxy z Louisem, który jak się okazało nie mógł się do niej dodzwonić, i zapytał, czy ma czas, żeby wpaść z nim do klubu pogadać z szefem. Roxy od razu zastrzegła, że wybiera się z nimi, bo nie pozwoli Avery znowu szwendać się samej po tym podejrzanym miejscu. Avery była mile zaskoczona, bo podjechali od tyłu klubu i weszli spokojnie wejściem służbowym, a dzięki wczesnej godzinie klub prezentował się zupełnie inaczej niż tydzień wcześniej. Było jeszcze przed osiemnastą i lokal wyglądał jakby był jeszcze zamknięty. Dzięki temu dziewczyny mogły przyjrzeć się wnętrzu. Lou zaprowadził je do bocznych drzwi i po schodach, tak, że znaleźli się na wewnętrznym korytarzu, gdzie zapukał do jednych z kilku par drzwi, wetknął głowę do środka i powiedział:
- Cześć szefie. Przyprowadziłem dziewczynę. - Z wnętrza dobiegł ich głos, którego dziewczyny nie zrozumiały, ale szatyn skinął głową i otworzył drzwi szerzej.
- Wchodź, ja zajmę się koleżanką. - Uśmiechnął się wskazując Avery, aby weszła.
- Co? Ja jej nie zostawiam! - Roxy natychmiast złapała Avery za nadgarstek. - Co jak to jakiś zboczeniec, albo... wiesz co mogło jej się tu stać ostatnio? Skąd ja wiem, kto jest temu winien.
- Ale... no... - Lou zająknął się nie będąc pewnym, co ma powiedzieć, ale z opresji wybawił go inny męski głos.
- Spokojnie. Nic się tu nikomu nie stanie. Jest mi bardzo przykro z powodu tego incydentu, ale może pani wierzyć, że pani koleżanka jest ze mną bezpieczna. Czy mógłbym w związku z tym porozmawiać z panią... – Spojrzał na Avery - … a Louis zajmie się panią – na koszt firmy. Proszę. - wskazał ręką na pokój. Obydwie zdziwiły się wyjściem właściciela, bardzo opanowanego człowieka w średnim wieku, i w związku z zapewnieniem, z którym trudno było się kłócić, Roxy puściła rękę Avery pozwalając jej iść. - To nie zajmie długo, proszę się nie martwić.
Avery zniknęła w pokoju właściciela, a Roxy bez przekonania ruszyła za Lou wypytując go o jego szefa na zmianę z groźbami pod adresem wszystkich, którzy mogliby zagrozić bezpieczeństwu szatynki.
- Widzę, że ma pani bardzo bojową koleżankę... - Mruknął mężczyzna, a kąciki jego ust uniosły się nieznacznie. Zanim Lou i Roxy oddalili się wystarczająco, było ich słychać jeszcze przez chwilę, więc do jego uszu musiało dojść jeszcze kilka niepochlebnych uwag. Avery zrobiło się trochę głupio, ale nie spodziewała się też, że brunetka tak się nią przejmuje, co było bardzo miłe, więc tylko wymamrotała ciche potwierdzenie. Właściciel, który Avery przedstawił się jako Lukas Sterling wskazał jej wygodny fotel stojący przy biurku, a sam usadowił się naprzeciw niej.
- Jest mi bardzo przykro. Będzie pani miała ...niemiłe wspomnienia z wizyty u nas...
- Było – minęło... Ale Louis i Joel zachowali się bardzo w porządku, a nie ma pan przecież wpływu na gości...
- Trochę trudno mi uwierzyć, że z takim towarzystwem wpadła pani w takie tarapaty...
- Tak, z nią pewnie nic by się nie stało... szkoda, że nie przyszła tu ze mną ostatnio...
- Przyszła tu pani sama, czy po prostu bez takich znajomych jak pani koleżanka?
- Sama... tak wyszło...
- Nie chciałbym pani pouczać, ale kręcenie się samej w takich godzinach nie jest zbyt bezpieczne... Staramy się, żeby w klubie nie miały miejsca takie incydenty, ale przy tak dużej ilości osób nie zawsze jesteśmy w stanie zapobiec takim zdarzeniom... Powinna pani przychodzić z chłopakiem albo znajomymi, a nie sama...
- Tak... właściwie raczej unikam takich miejsc, ale miałam być tu tylko chwilę i to się przeciągnęło...
- Tak. - Uśmiechnął się. - Zwykle to jest tylko chwila, jedna kolejka, a potem...
- Nie, ja po prostu... chciałam zapytać o pracę, ale nie było kogoś za to odpowiedzialnego, dlatego czekałam...
- Przyszła tu pani szukać pracy? Louis mi o tym nie wspominał... Rozumiem, że prawdopodobnie chodzi o posadę kelnerki?
- Tak, ale to już nie ważne... i tak nie nadawałabym się do pracy w tym tłumie...
- Znalazła pani posadę w innym miejscu?
- Nie, to znaczy... znalazłam ogłoszenie i jutro idę porozmawiać w tej sprawie.
- Ale szuka pani posady na cały etat?
- Raczej nie... muszę mieć pracę, za która się utrzymam w Londynie, ale wieczorową albo na weekendy, bo mam studia w tygodniu...
- … To może chciałaby pani jednak pracować u mnie?
- Jako kto? Ja naprawdę nie nadaję się do pracy w tym tłumie... Jestem za niska, żeby ludzie w ogóle mnie zauważyli, a co dopiero przepuścili... Roxy pewnie by sobie poradziła, ale ja.. nie sądzę...
- Wiem, że nie miała tu pani dobrych początków, ale wydaje mi się, że poradzi sobie pani doskonale... miejsce dla kelnerki mam... Myślę, że pieniędzy pani wystarczy, przynajmniej na początek, praca w piątki i weekendy... proszę potraktować tą propozycję jako rekompensatę za to, co się stało. Jeśli chodzi o salę... nie widziała chyba pani całego klubu, bo parkiet jest obsługiwany przez bar i raczej nie ma tam kelnerek, ale mamy też całą salę, gdzie można usiąść i tam nie musiałaby się pani martwić o przepychanie się przez tłum...
- Nie wiem...
- Jest jeszcze jedna ważna sprawa. Liczyłem na to, że mogłaby pani pojawiać się tu w piątek i sobotę, bo to co się stało nie może pozostać bez rozwiązania. Nie mogę tolerować takich napaści w moim klubie i chcę odkryć winnych, tym bardziej, że nie wiem, czy było to tylko jednorazowe, czy może miała pani większe szczęście od innych samotnych dziewczyn. Nie mam niestety żadnych dowodów, a kamery nie nagrały nic znaczącego, dlatego myślałem, że może mogłaby nam pani pomóc...
- ... do teraz śnią mi się po nocach... - Mruknęła
- Widziała ich pani?
- Tak.
- I rozpoznałaby ich pani?
- Na pewno.
- To proszę mi pomóc... Proszę pomyśleć o innych dziewczynach...
- Nie wiem... chciałabym pomóc, ale...
- Pracowała pani kiedyś jako kelnerka czy byłby to pierwszy raz?
- Pracowałam, krótko – przez wakacje. Ale w kawiarni.
- No to poradzi sobie pani. Po prostu zamiast zamawiać kawę czy herbatę, ludzie będą zamawiać czystą, whisky albo drinki... Jest ochrona, także może mi pani wierzyć, że nic się nie stanie – powie pani słowo ochroniarzowi, a on zajmie się problematycznym klientem. A potem, żeby nie chodziła pani sama po nocy któryś z chłopaków będzie odwoził panią do domu. - Avery zagryzła wargę ciężko myśląc nad decyzją. Tydzień temu była bardziej niż zdesperowana i uczepiona myśli o tej pracy, ale teraz miała mętlik w głowie. - Nigdy nie spodziewałem się, że sam będę przekonywać jakąś dziewczynę, żeby dla mnie pracowała. - Uśmiechnął się lekko. - Mogę panią zapewnić, że jeżeli będzie potrzebowała pani jakiegoś wolnego ze względu na studia czy rodzinę to nie będę robił żadnych problemów. Mogę to nawet zapisać w umowie. Pensja jest całkiem niezła jak na pracę weekendową, no i może być pani pewna, że ochroniarze będą mieli panią na oku, więc niech się pani nie obawia powtórki sprzed tygodnia. Proszę powiedzieć, co jeszcze panią niepokoi?
- Przepraszam, ja... chyba nie mam argumentów... po prostu nie jestem pewna... chyba.. chyba tu nie pasuję...
- To może zróbmy tak... proszę przyjść jutro wieczorem i spróbować... Niech pani porozmawia w tym innym miejscu, a potem przyjdzie spróbować tutaj. Jeśli nie to trudno, ale możemy podpisać umowę, z której w dowolnym momencie będzie się mogła pani wycofać. Czy taka wersja pani odpowiada?
- No... dobrze. - Avery w końcu złamała się, stwierdzając, że najwyżej przeżyje jeszcze jeden kiepski wieczór, ale nie będzie mieć później do siebie pretensji, że nie spróbowała.
- No i to rozumiem. Poproszę, żeby Louis wprowadził panią jutro we wszystkie zasady. Proszę pojawić się tutaj około siedemnastej, to powinno wystarczyć. - Na tym rozmowa skończyła się i pan Sterling odprowadził dziewczynę do drzwi, upewniając się, że zna drogę do głównej sali. Tam, przy barze siedziała Roxy i rozmawiała z Louisem i kimś jeszcze. Gdy zbliżyła się, barman zaoferował jej drinka, ale odmówiła i pociągnęła brunetkę do wyjścia. Była trochę zmęczona całym dniem, tym bardziej, że najpierw spędziła cały dzień na zajęciach, a potem została ściągnięta do klubu. Chociaż Lou próbował je zatrzymać, Avery na odchodnym rzuciła tylko, że zobaczą się jutro i ulotniły się mniej więcej wtedy, gdy do klubu przyszli pierwsi klienci.

środa, 22 marca 2017

chapter fifteen: i'm so troublesome

Poruszyła palcami, zaciskając je na czymś miękkim. Jednocześnie przy drobnym poruszeniu poczuła nieprzyjemny ból nadgarstków. Leżała chwilę nie ruszając się, pozwalając sobie dojść do pełni świadomości. Czuła się trochę tak jakby ktoś ją pobił... albo potłukł jej mózg. W końcu powoli otworzyła oczy, mając nadzieję, że nie natknie się na dwóch chłopaków o drwiących wyrazach twarzy. Gdy uchyliła powieki nie zobaczyła dużo więcej, ponieważ znajdowała się w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Ukłuło ją uczucie strachu, ale nie chciała się mu poddawać. Podniosła się na łokciach i poczuła jak z jej ramion zsuwa się koc. Przez zmianę pozycji zakręciło się jej mocno w głowie jakby jej obolały mózg chciał zaprotestować przeciwko jakimkolwiek ruchom. Po chwili oczy dziewczyny przyzwyczaiły się do ciemności panującej w pokoju. Przed sobą widziała delikatną łunę światła, która podświetlała obrys drzwi, wskazując na to, że ktoś musiał za nimi być. Dziewczyna przekręciła głowę w drugą stronę i zobaczyła tam okno. Mimo, że na zewnątrz było ciemno, to latarnie uliczne oświetlały lekko falujące zasłony, które rzucały cienie na sąsiednią ścianę. Zrobiła głęboki wdech, chwilę przytrzymała powietrze w płucach i wypuściła je przez usta. Nie widziała innego wyjścia, niż iść zobaczyć, gdzie właściwie się znalazła. Mimo strachu zebrała się w sobie, bo najgorsza była bezczynność. Generalnie każda kolejna sekunda sprawiała, że poziom jej zdenerwowania podnosił się. Gdy zrzuciła z siebie koc, ogarnęła ją fala chłodu. Okno musiało być uchylone, a nocne powietrze było wyjątkowo chłodne, chociaż dzięki niemu dziewczyna szybciej doszła do siebie. Wsparła się na dłoniach i przesunęła w stronę krańca szerokiego łóżka, na którym leżała, jednak, gdy tylko jej działania spowodowały szelest, zobaczyła jakiś ruch na krawędzi łóżka i zaraz potem głośne, niskie warknięcie. Pies? Momentalnie zatrzymała się, przyciągnęła nogi do siebie i usiadła po turecku. Nie wiedziała co ma zrobić, zwierzę ulokowane było prawdopodobnie gdzieś na podłodze, w okolicach nóg łóżka. Po głosie założyła, że pies musiał być duży, ale nie miała pojęcia czego może się po nim spodziewać. Z rozmyślań wyrwał ją odgłos rozmowy. Przez moment ledwo słyszalne głosy, po chwili zrobiły się wyraźniejsze. Szczelina w drzwiach, która nieco oświetlała pokój poszerzyła się i w jasnym prostokącie framugi pokazały się dwie postacie. Ciarki przebiegły po jej plecach na myśl, że to pewnie dwaj faceci z klubu. Gdy tylko weszli usłyszała cichy głos jednego z nich:
- Cash, zamknij się. - Chłopak wymacał włącznik i dziewczyna została oślepiona przez światło. Zmrużyła oczy i cicho jęknęła, bo światło tak ją raziło, że aż ”bolało”.
- Och... obudziłaś się. Jak się czujesz? -Dziewczyna chwilę milczała próbując przyzwyczaić wzrok do światła, ale z jakiegoś powodu nie mogła.
- Zgaś to. - Mruknął drugi podchodząc do dziewczyny i usiadł koło niej na skraju łóżka. Gdy w pokoju ponownie zapanował mrok momentalnie nieprzyjemne uczucie zniknęło. - Lepiej? - Pokiwała głową i skupiła wzrok na twarzy chłopaka oświetlonej łuną światła z sąsiedniego pokoju. Z ulgą stwierdziła, że nie byli przed nią ci, których bała się zobaczyć. - Dali ci coś?
- Kto? - Mimo, że była w stanie skupić na nim wzrok, jej umysł działał jakby z pewnym otępieniem.
- Ci, przed którymi uciekałaś.
- Ach... tak... tak, chyba mieli strzykawkę.
- Co za skurwiele...
- Ymm... może zabrzmię niewdzięcznie, ale... możecie mi powiedzieć, gdzie jestem?
- Och, no tak, pewnie, przepraszam. Jego powinnaś pamiętać, ale jako, że jest ciemno to wyjaśnię... to jest Lou, jest barmanem w Blue Jay, rozmawiałaś z nim wieczorem. A ja jestem Joel i jestem muzykiem, gram w klubie. Jesteś w naszym mieszkaniu... a to jest Cash. - Poklepał po głowie psa.
- Przepraszam, narobiłam wam problemów... - Mruknęła zakłopotana.
- Ty chyba żartujesz... gdybyś nie „narobiła nam kłopotów”, to sama byłabyś w tej chwili w poważnych tarapatach, więc cieszę się, że wleciałaś za bar. - Lou uśmiechnął się do niej.
- Słuchaj, jak już się obudziłaś to powiedz: chcesz zostać tutaj i rano wrócić do domu, czy wolałabyś, żeby odwieźć cię teraz...
- Nie chciałabym sprawiać wam więcej problemów... chyba i tak to zrobiłam, ale jeśli powiecie mi gdzie jesteśmy to wrócę sama.
- Dziecino, chyba żartujesz, że będziesz w takim stanie sama łazić po nocy. Jeśli nie chcesz zostać, to podaj adres i cię odwieziemy.
- Ale...
- Wiesz jaki jest najpoważniejszy powód, dla którego prawdopodobnie nigdzie sama nie pójdziesz? Wstań... - Avery, niepewna, o co chodzi brunetowi, zsunęła nogi z łóżka, powoli wstała i prawie natychmiast straciła równowagę i prawdopodobnie runęłaby przed siebie gdyby nie ręce chłopaka, który, jakby gotowy na to, złapał ją w odpowiedniej chwili. - Właśnie dlatego. - Mruknął i posadził ją obok siebie. - Nie wiem, co było w tej strzykawce, mogę tylko podejrzewać, ale chyba i tak obudziłaś się dosyć szybko, więc przez dobre kilka-kilkanaście godzin tak będzie. Ale zrozumiałem, że wolałabyś być u siebie, więc podaj adres i cię tam odstawimy.
- Aha... tylko twój płaszcz został chyba w klubie, może jutro ci go podrzucimy... - Lou przyniósł jej swoją kurtkę, a Joel wziął ją na ręce i zniósł z drugiego piętra. Na ulicy panował spokój, ale nie była to okolica Avery znana. Około kwadransa zajęło im przemieszczenie się spod ich mieszkania na ulicę dziewczyny. Tam znowu została wniesiona na czwarte piętro i o dziwo, mimo obaw Avery chłopak, który ją niósł nie wyglądał jakby się tym zmęczył. Mimo godziny, gdy tylko przekręcili klucze w zamku na korytarz wypadła Roxy, wyraźnie przejęta i równocześnie zdziwiona pojawieniem się Avery i sposobem jej przyjścia.
-Co się stało?!
- Cześć Roxy. - Mruknęła Avery i spojrzała na chłopaka. - Dziękuję... Możesz mnie postawić?
- Chyba położyć. - Brunet spojrzał na nią zabawnie. - Pokój?
- Tutaj. - Roxy nadal nie rozumiejąc, co się stało wskazała drzwi prowadzące do pokoju Avery.
- Cześć, jestem Louis, a to Joel. - Chłopak idący za Avery i jej transportem uśmiechnął się lekko do Roxy jakby nie widząc w tym wszystkim niczego dziwnego.
- Co się stało, dlaczego niesie Avery? Kim wy w ogóle jesteście?
- Mieliśmy drobne problemy w klubie i niestety twoja koleżanka trochę ucierpiała. Ale powinno być w porządku jak trochę odpocznie... To my się zbieramy. - Mruknął, gdy drugi chłopak pojawił się już sam w drzwiach.
- Tak. Na razie...
- Cześć. - Mruknęła brunetka patrząc podejrzliwie na chłopaków, ale zanim zdążyła zadać jakieś pytanie oni już się ulotnili.
- Avery... - Roxy zaraz po szybkim przekręceniu zamków wpadła do pokoju szatynki. - Możesz mi wyjaśnić co się stało? Wiesz, jak się zmartwiłam jak przyszłam, a ciebie nie było? No, może wtedy jeszcze nie, ale dlaczego nie odbierałaś telefonu?! Co się stało?
- No bo poszłam sprawdzić tą posadę kelnerki... - Avery opowiedziała tyle, ile pamiętała z tego całego wydarzenia, sama trochę porządkując sobie fakty w głowie. Roxy była zaniepokojona tą sprawą, ale sam fakt, że było już po wszystkim i Avery była w mieszkaniu uspokoił ją i gdy szatynka zakończyła swoją opowieść, Roxy mruknęła z lekkim uśmiechem:
- Fajni byli.
- Kto?
- No ci dwaj...
- Aaaa... no tak.

sobota, 18 marca 2017

chapter fourteen: it's stifling

Po około dwóch godzinach wspólnych działań artystycznych, dziewczyny usłyszały nieśmiałe, ciche pukanie do drzwi. Mama Mayi z delikatnym uśmiechem wdzięczności odebrała córkę, przepraszając za zamieszanie i dziękując za bezpieczne przechowanie dziecka, a Avery z uśmiechem, bo Maya okazała się rozkosznym dzieckiem, zapewniła, że jeśli tylko będzie potrzebowała opieki dla dziewczynki, to może bez wahania przyjść. Nie zapytała, ale było oczywistym, że mama dziewczynki ma problemy. Nie wiedziała z kim, z mężem, byłym, ojcem Mayi czy kimś jeszcze innym, ale nie chciała też wdawać się w tą dyskusję przy dziecku. Po wyjściu sąsiadki szatynka szybko zerknęła na zegarek i zastanawiając się czy nadal ma to sens, narzuciła płaszcz, porwała torbę i poleciała szukać restauracji. Trochę się po drodze pogubiła, ale w końcu dotarła pod adres wypisany na świstku papieru. Budynek wyglądał na zadbany, ponad szerokimi drzwiami wejściowymi wisiał duży neonowy szyld z nazwą The Blue Jay, który nadawał całej ulicy lekko niebieskawej poświaty. Na chodniku ustawiła się niewielka kolejka, ale przybywający ludzie dosyć płynnie wchodzili do środka. Ochroniarzowi stojącemu przed wejściem wyjaśniła, że przyszła w sprawie pracy, a on bez większych problemów, po okazaniu dowodu tożsamości wpuścił ją do środka. Przekraczając próg pomyślała, że być może to dobry znak, bo oferta musiała być nadal aktualna. Jednak jej optymizm trochę przygasł, gdy tylko wciągnęła lekki zapach alkoholu i dymu papierosowego, najpierw słabo wyczuwalny, ale im dalej się posuwała, tym atmosfera stawała się gęstsza. Ze słowem kelnerka kojarzyła jej się raczej praca w kawiarni czy restauracji, a tymczasem dopiero chwilę po wejściu zorientowała się, że był to klub i poważnie zastanawiała się nad wycofaniem się, ale mimo to mocno zdezorientowana przedzierała się przez tłum osób, próbując znaleźć drogę do kogoś, kto mógłby jej udzielić jakichś informacji. Właściwie to podskórnie czuła, że nie powinna iść dalej. Powinna zawrócić i zrezygnować. Ale coś, może ta potrzeba zdobycia pracy, która ją ostatnio tak męczyła, za głęboko wryła się dziewczynie w podświadomość i pchała ją naprzód. Po drodze została kilka razy szturchnięta, ale doszła wreszcie do baru i przekrzykując muzykę zapytała wysokiego szatyna kto może jej powiedzieć coś na temat pracy. Chłopak najpierw się zdziwił przyglądając się Avery, ale po chwili jakby zrozumiał o co chodzi i ręką wskazał jej, żeby usiadła na stołku przy barze i zaczekała. Odszedł i nie było go kilka minut, a kiedy wrócił powiedział, że musiałaby poczekać jakiś czas, bo ktoś odpowiedzialny za sprawy kadrowe ma dopiero przyjść. Chciał w ramach rekompensaty postawić jej drinka, ale dziewczyna podziękowała i ostatecznie stanęła przed nią wysoka szklanka z wodą. Barman uśmiechnął się do niej i poszedł pomóc obsługiwać innych klientów drugiemu mężczyźnie stojącemu za barem. Avery obserwowała ich zgrabne ruchy i niechętnie zerkała na gęstniejący tłum zmagając się z chęcią opuszczenia tego miejsca. Po krótkiej chwili zrobiło jej się stanowczo za ciepło i zdjęła płaszcz, a chłopak, z którym wcześniej rozmawiała wskazał jej szatnię, gdzie podobno bezpiecznie mogła ulokować swoje okrycie. Przez jakiś czas zastanawiała się czy nie lepiej by zrobiła zakładając kurtkę i wychodząc, ale jednak zeskoczyła z wysokiego krzesła i zaczęła znowu mozolną drogę przez tłum w stronę drzwi, za którymi miała być szatnia. Droga powrotna do baru wydawała się jej jeszcze gorsza. Gdy wreszcie ponownie wdrapała się na stołek i z frustracją przeczesała włosy palcami, barman zbliżył się do niej i powiedział:
- Nie martw się. Powinien zaraz przyjść... Na pewno chcesz tu pracować? Wydajesz się... nie być zachwycona tym... - Machnął na tłum ludzi.
- No, trochę... za tłoczno... ee... tak prawdę mówiąc myślałam, że to bardziej... restauracja czy coś...
- I jednak chcesz?
- Taaaaa.... bardziej „potrzebuję” niż „chcę”... a pracę na weekendy trochę trudno znaleźć...
- A, rozumiem... Wiesz, będzie mi miło jak się przyłączysz do załogi. - Chłopak posłał jej zabawny uśmiech.
- Lou, za co ci płacą? Weź się do pracy. Czemu ja sam obsługuję wszystkich facetów?- Drugi barman przemknął za plecami chłopaka i sięgnął po jakąś butelkę stojącą pod ladą.
- Może bardziej się im podobasz niż ja... - Chłopak zwany Lou wywrócił oczami i mrugnął do Avery zanim obydwaj się oddalili. Przez jakiś czas przy barze panował na tyle duży ruch, że miotali się próbując opanować wszystkie zamówienia, a Avery znowu niechętnie spojrzała na tłum bawiących się ludzi. Jakby znowu ich przybyło, a ubyło powietrza. Powachlowała się dłonią, ale nie dało to wielkiego efektu.
- Jeszcze wody? - Spytał barman przechodząc bliżej dziewczyny.
- Nie, dzięki, chyba na chwilę wyjdę, bo duszno tu, a... tego człowieka jeszcze nie ma?
- Nie, chyba nie...
Zeskoczyła z krzesła i po raz kolejny zaczęła przedzierać się w stronę wyjścia. Nie poszła po płaszcz, tylko prosto na korytarz, gdzie oddychało się trochę lepiej, ale dopiero gdy owiał ją chłodny powiew na ulicy przed klubem zrobiło jej się lepiej.
- Co, tak gorąco w środku? - Zagadnął ochroniarz stojący przy wejściu.
- Raczej duszno. - Mruknęła.
- A to ty... jak tam rozmowa o pracę?
- Na razie nijak, bo nie ma kogoś za to odpowiedzialnego, więc czekam...
- To dziwne, zwykle Ethan był już o tej godzinie... Ale może coś go opóźniło...
- Tak... Chłopak przy barze mówił, że powinien się niedługo pojawić...
Stała tak parę chwil, w ciągu których ochroniarz wpuścił kolejne osoby i przegonił grupkę niepełnoletnich imprezowiczów, ale wreszcie odczuła chłód wieczornego powietrza i zdecydowała się wrócić do środka. Kolejne przedzieranie się przez tłum ludzi przyprawiło ją prawie o płacz, bo przy jej niewielkim wzroście była po prostu prawie niezauważalna dla bawiących się, więc zdecydowała się spróbować obejść tłum trzymając się blisko ściany, gdzie przynajmniej była w stanie przesuwać się w stronę baru. Była już nie tak daleko, gdy poczuła mocny uścisk na jednym, a potem drugim nadgarstku. Jakby miało ją to utwierdzić to w przekonaniu, że przychodzenie tu było kiepskim pomysłem. Zerknęła przez ramię, próbując wyrwać się z uścisku jak myślała pijanego faceta, ale jej oczom ukazał się zdecydowanie trzeźwy, wysoki chłopak z kpiącym uśmiechem na ustach. Gdy wyrównał z nią krok zdała sobie sprawę, że jej sytuację pogarsza fakt, że drugą jej rękę trzyma inny facet. Pięknie, dwóch na jedną, pomyślała i poczuła ukłucie. W dziewczynę uderzyła fala adrenaliny i strachu, gdy kątem oka zobaczyła, jak mężczyzna po prawej chowa do kieszeni strzykawkę. Nie, nie, nie! To jest jakiś głupi żart! Znowu spróbowała się wyrwać, na co zimne palce tylko mocniej wbiły się w jej skórę.
- Spokojnie, mała. - usłyszała głos obok ucha.
No jasne, daj mi drugą taką strzykawkę i sam sobie bądź spokojny. Ponowiła próbę wyszarpnięcia się i w końcu tego nieszczęsnego wieczoru dopisało jej szczęście, gdy grupka pijanych ludzi przepchnęła się w mało skoordynowany sposób koło nich, potrącając przy okazji chłopaka po prawej. Jakby ze zdziwienia, ten po lewej stronie lekko rozluźnił uchwyt na jej nadgarstku, z czego szybko skorzystała. Wyrwała rękę i pobiegła, próbując prześlizgnąć się pomiędzy ludźmi, przed siebie, prosto na bar. Wejście za bar nie było niczym zagrodzone z boku, więc nie zmieniając toru biegu wleciała za ladę. Zatrzymała się dopiero dzięki ramionom barmana, który akurat odwrócił się w jej stronę. Chyba musiała mieć jakieś omamy, bo pomimo muzyki wydawało jej się, że słyszy za plecami ciężkie kroki, które w momencie rozmyły się zagłuszone jakąś piosenką. Zrobiło jej się słabo i sennie, ale podniosła jeszcze wzrok na barmana, widząc w nim swoją ostatnią nadzieję. Zawiesiła na nim przestraszone spojrzenie i poczuła jak gdyby ześlizgiwała się poniżej poziomu podłogi, gdy nogi odmówiły jej posłuszeństwa, a potem... już nie było nic.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
zabawne, na końcu tego rozdziału jest scena, od której to całe opowiadanie się zaczęło - pierwsza scena jaką napisałam ;)
do środy!

środa, 15 marca 2017

chapter thirteen: you should be the optimistic one

Dwa tygodnie były czasem, w ciągu którego Avery poczuła się trochę pewniej w szkole, poznała nieco swoją grupę i nauczycieli i dowiedziała się czego może spodziewać się po tym semestrze. W jej grupie było 16 osób, z lekką przewagą dziewczyn. Dosyć szybko zaprzyjaźniła się z dwoma dziewczynami, Leah Conner i Ellie Dixon i zwykle siedziała z nimi, a często dołączał do nich także Finn, roztrzepany szatyn, któremu dziewczyny pomagały się ogarnąć, przypominały jakie mają w danej chwili zajęcia lub co należy przygotować na następny dzień. Tak naprawdę tylko z malarstwa i rysunku wpadli w bardzo konkretny tryb pracy. Pozostałe przedmioty odbywały się tylko raz w tygodniu i na każdym wykładowcy zdążyli przedstawić jedynie plany dotyczące tego, co będą robić przez kolejny semestr i zaledwie zaczęli omawiać pierwsze zagadnienia. Poza tym wykładowcy z rysunku i malarstwa byli ludźmi bardzo konkretnymi i od pierwszych zajęć, bez zbędnych wstępów, cała grupa zasiadła przed białymi płaszczyznami kartek lub desek i zaczęła wykonywać pierwsze ćwiczenia. I tak... wreszcie wyjaśniła się rola pana, który ją przyjął. Można powiedzieć, że przyjął ją do swojej klasy, chociaż nie był oficjalnie opiekunem, to miał, na spółkę z panią Lowell, nauczycielką malarstwa, największą liczbę godzin. Pan James Mccoy uczył ich rysunku, co oznaczało tyle, że spotykali go trzy razy w tygodniu na cudowne cztery godziny dziennie, bo tyle właśnie trwał blok tych zajęć. Tyle samo zresztą mieli malarstwa. Od razu też zyskali pewność, że zajęcia te nie będą żadną sielanką. Ta dwójka nauczycieli, choć różnili się, od pierwszego zdania wypowiedzianego na pierwszych zajęciach zyskała posłuch, zapewniając również swoim studentom wizję ciężkiej pracy przez cały semestr. Pani Lowell była sympatyczną kobietą w średnim wieku, o miłej twarzy ozdobionej lekkimi zmarszczkami, które uwidaczniały się szczególnie, gdy się uśmiechała, a robiła to dosyć często. Włosy miała jasne, przetykane delikatną siwizną, zwykle zaplecione w luźny warkocz. Od razu zapowiedziała im, że jest to czas nauki zasad i technik, więc jeśli chcą je łamać, to nie ma nic przeciwko, ale mają jej pokazać, że wiedzą jakie są te zasady. Pan Mccoy właściwie nie był zbyt gadatliwy, w gruncie rzeczy ograniczał się do całkowitego minimum, przynajmniej jeśli chodzi o forum grupy, uwagi i komentarze kierował już bezpośrednio do studentów, gdy chodził pomiędzy pracującymi uczniami. Na pierwszych zajęciach przywitał ich, przedstawił się i stwierdził, że chyba wiedzą co to za zajęcia, więc mogą zabierać się do pracy i wskazał im krzesło ustawione na środku sali jako model do rysowania. Avery dopiero po jego uwagach, których udzielał chodząc po sali wypełnionej dźwiękiem skrobania grafitu o papier, doceniła jego zaangażowanie i doświadczenie dydaktyczne.
Poza tym, że Avery na dobre wciągnęła się w zajęcia na uczelni i zadomowiła w nowym mieszkaniu, jedna sprawa pozostawała nierozwiązana i to przykro siedziało dziewczynie w głowie, będąc coraz bardziej nieznośnie powracającą myślą.
- Beznadziejnie... - Westchnęła cicho. Roxy przekrzywiła lekko głowę skupiając wzrok na Avery, która siedziała przy kuchennym stole z głową podpartą na dłoniach i wpatrywała się w gazetę. Rozpoczął się kolejny tydzień i po zakupie materiałów na zajęcia właściwie skończyły się jej pieniądze, które miała w zapasie. Koszty materiałów na malarstwo i rysunek przerosły oczekiwania szatynki i coraz bardziej martwiła się o pracę.
- Co się dzieje?
- Nic nie ma... nic.. od trzech tygodni nic... Musiałam kupić sporo materiałów na zajęcia, właściwie jestem bez kasy... nie wiem co mam zrobić...
- Hej, nie martw się. - Roxy podeszła do Avery i objęła ją lekko. - Nie z takich kłopotów wychodziłam. Mam jeszcze trochę odłożonej kasy, nie ma problemu, mieszkanie opłacimy. Słuchaj, nie wiem czy coś z tego wyjdzie, dlatego nie mówiłam, żeby nie zapeszać, ale jest szansa, że dostanę jakiś mały etat u znajomego, ale to się w ciągu kilku dni pewnie wyjaśni. Nie martw się. Trzy tygodnie to jeszcze nie tak źle... Wiem, wiem... człowiek może się zniechęcić, ale serio... na razie nie ma tragedii. - Avery spojrzała na brunetkę bez przekonania. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i mruknęła:
- Ej, no, myślałam, że to ty jesteś tą niepoprawną optymistką... Widzę, że cię nie pocieszę, ale nie zmienię zdania – wcale nie jest tak źle.
Dwa dni później, gdy Avery siedziała w swoim pokoju odrabiając pracę z rysunku, po raz pięćdziesiąty chyba rysując kulę oświetloną z jednej strony w ramach wypracowywania idealnego światłocienia, na którym pan Mccoy kazał zestrugać im cały ołówek, do jej pokoju wpadła Roxy z dziko potarganymi wiatrem włosami i zakrzyknęła triumfalnie.
- Ha! I co? Nie mówiłam, że będzie dobrze? Nie powinnam się tak cieszyć, bo nie będę mogła sobie pospać w weekend, ale skoro muszę wyrobić normę optymizmu w tym pokoju – trudno. Mam pracę. Nie, nie musisz mi gratulować.
- Nie, Roxy, gratuluję, naprawdę się cieszę.
- Gratulacje przyjmuję, ale nie wciśniesz mi, że się cieszysz, bo te twoje smutne oczy wpędzają mnie w depresje... Co jest?
- Chodzi o to... och... no, bo wiesz... to wciąż jest twoja połowa rachunków...
- Nie wierze, że to ja mam robić za pozytywnie nastawioną z naszej dwójki... To chyba dobrze, że mamy pół czynszu, lepiej mieć pół niż nic, nie? Mała, ty jesteś naprawdę kiepsko nastawiona..
Avery westchnęła i spojrzała na brunetkę smutno.
- To nie tak, po prostu... martwię się... chodzi o to, że bardzo nie chciałam prosić mamy o pieniądze, a niedługo dojdzie do tego, że będę zmuszona to zrobić.
- A dlaczego nie? Rodzice są od tego, żeby pomagać...
- Tak, ale mama jest sama z dwójką mojego rodzeństwa i wiem, że z pieniędzmi nie jest zbyt wesoło. Wiem też, że jakbym powiedziała słowo to mama zrobiłaby wszystko, żeby mi pomóc, a jedynym warunkiem, który sobie postawiłam przed wyjazdem było to, że sama się utrzymam w Londynie. Wiesz, dlatego tak nie mogę tego przeboleć...
- Nie martw się... jakoś sobie we dwie poradzimy... Zresztą codziennie są jakieś nowe ogłoszenia o pracy... tydzień w jedną czy drugą nie robi różnicy...
- Tak myślisz?
- Pewnie. Nie pierwszy raz szukam pracy, można powiedzieć, że jestem zaprawiona w bojach. Będę z tobą szukać, na pewno za dzień, dwa czy tydzień coś się znajdzie.
Minęły kolejne dni bez jakichś przełomów, ale myśli Avery szczęśliwie zajęły pierwsze wymagające zadania domowe z malarstwa i technik malarskich, więc nawet lekko się zdziwiła, gdy któregoś dnia Roxy przyszła po swoich zajęciach i powróciła do tematu.
- Wiesz co mi poradził znajomy na studiach a propos pracy? Zobacz, jest taka strona i można tu według dzielnic szukać.
- I co? Jest coś u nas?
- No właśnie nie. Sprawdziłam to jeszcze na uczelni, u nas nie ma nic weekendowego, ale nie zdążyłam sprawdzić dwóch dzielnic, z którymi graniczymy, ale to wpadło mi do głowy dopiero jak tu szłam. Kolega bardzo chwalił stronę, bo wielu lokalnych pracodawców dodaje tam podobno ogłoszenia, bo nie muszą płacić...no, więc właśnie patrzę, poczekaj... Hmmm... - Na moment zaległa cisza, podczas gdy brunetka śledziła ekran swojego telefonu. - O! Widzisz, powinnam była się z tobą założyć o coś... Zobacz, posada kelnerki? Tutaj. Popatrz... Praca wieczorami... Mile widziane osoby na weekendy... Pewnie jest większy ruch.. Nie znam tego miejsca, ale może zobaczysz? To chyba nie tak daleko... Zobacz... Mogę pójść z tobą, ale chyba dopiero w weekend... A jeżeli ci nie pasuje to będę dalej szukać...
- Może spróbuję jutro po zajęciach? Zapiszę sobie adres... Jeśli piszą o wieczorach to chyba zdążę po zajęciach jeszcze tam wpaść...
- Jutro jest piątek, to może być większy ruch...
- Tak, ale jeśli potem się okaże, że ktoś przez weekend zajmie mi to miejsce, o ile już tego nie zrobił to... wolę spróbować niż potem pluć sobie w brodę... dzięki Roxy... - Avery posłała uśmiech pełen ulgi brunetce, na co ta tylko mruknęła:
- No, i tak ma być.
Piątki były trochę bardziej męczące dla grupy Avery, bo zajęcia trwały od 8 do 17 z godzinną przerwą pomiędzy malarstwem a rysunkiem. Pół godziny po zakończeniu, z mocnym postanowieniem odwiedzenia miejsca oferującego posadę wspinała się po schodach, żeby pozostawić teczkę z zajęć w domu. Na pierwszym piętrze doszedł do jej uszu cichy dźwięk przypominający szloch. Nie słyszała poza tym innych dźwięków takich jak kroki i dopiero gdy wspięła lekko zaniepokojona się na kolejne piętro zobaczyła małą, może pięcioletnią dziewczynkę, która z misiem na rękach przycupnęła cichutko na schodku niedaleko otwartych drzwi prowadzących do jednego z mieszkań. Stamtąd właśnie dochodził cichy szloch.
- Cześć malutka... Wszystko w porządku? - Dziewczynka chwilę przypatrywała się Avery i lekko pokręciła główką, ale nic nie powiedziała. Avery nie za bardzo wiedziała jak ma to zachowanie zinterpretować, więc ponownie zapytała. - Mama jest w domu? - Wskazała ręką na uchylone drzwi. Dziewczynka poprawiła misia w ramionach i przytaknęła. - Przepraszam... Czy... wszystko w porządku? - Po chwili w drzwiach pojawiła się kobieta wyglądająca jak siedem nieszczęść, z siniakiem na policzku, śladami łez i przygnębienia w zaczerwienionych oczach. - Przepraszam... Nie... nie chciałabym się wtrącać, ale... potrzebuje pani jakiejś pomocy? - Łzy pociekły po twarzy kobiety. - Proszę nie płakać. Może wejdziemy do środka, żeby dziecko tak nie stało na korytarzu, chłodno jest, a mała nie ma kurtki... - Na to kobieta energicznie pokręciła głową i więcej łez popłynęło po jej policzkach. Avery nie za bardzo wiedziała co w takim razie ma zrobić, bo bardzo chciała pomóc kobiecie, ale nie miała pojęcia jak. Patrzyła tylko przez chwilę na kobietę, która próbowała się uspokoić i dopiero, gdy wytarła rękawem policzki, odezwała się zachrypniętym, drżącym głosem.
- Przepraszam. Nie chciałam, żeby to tak wyszło. Powinnam znaleźć jej kurteczkę... Ale... nie chcę, żeby tam była...
- Co się stało? Uderzył ktoś panią? - Zapytała Avery cicho. Kobieta spuszczając wzrok lekko pokiwała głową. - A mieszkanie?
- Wygląda okropnie.... gorzej niż kiedykolwiek... - Szepnęła bliska ponownego wybuchu płaczu, ale rzucając wzrokiem na dziewczynkę powstrzymała się.
- Czy mogłabym jakoś pomóc? Mieszkam od niedawna na górze, pod czternastką. Jestem Avery.
- Nie wiem... na razie nie wiem co mam sama zrobić... muszę posprzątać mieszkanie, ale nie mam co zrobić z Mayą... Nie chcę, żeby musiała na to patrzeć...
- Jeśli to by pomogło, mała mogłaby poczekać u mnie. To tylko dwa piętra wyżej...
- Naprawdę?... Ma pani na pewno zajęcia, nie chciałabym przeszkadzać...
- Proszę dać spokój... żaden problem, naprawdę... - Kobieta chwilę wahała się zagryzając wargę i patrząc na córkę.
- Wzięłabym ją do mamy, ale wyjechała i nie mam... nie mam co z nią zrobić...
- Nie ma sprawy, godzina czy dwie mnie nie zbawią. Lubisz rysować? - Zwróciła się z uśmiechem do dziewczynki.
- Tak! - Dziewczynka spojrzała z ciekawością na szatynkę, dzięki której jej mama przestała płakać.
- No to super, bo ja właśnie bez przerwy rysuję, na pewno się dogadamy. - Avery uśmiechnęła się do Mayi wyciągając rękę, którą mała złapała nieśmiało.

sobota, 11 marca 2017

chapter twelve: it's time to start

Jak feniks z popiołu – wracam
dopiero teraz tak sobie myślę, że pisanie więcej niż jednego opowiadania naraz to głupi pomysł.
ostatni rozdział o niczym.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

W poniedziałek wszystko poszło zadziwiająco sprawnie. Może w przypadku Avery wczesne wstawanie nie było czymś zadziwiającym, jednak dziewczyna spodziewała się jakichś zawirowań (wiadomo, uciekające klucze, znikający prąd albo woda), a tymczasem o 9:30 zbiegała po schodach klatki schodowej nowego mieszkania. Zgodnie z obietnicą przed wyjściem obudziła Roxy i z lekkimi nerwami pomaszerowała w stronę szkoły. Tym razem przed ceglanym budynkiem panował dużo większy ruch niż w czasie jej ostatniej wizyty. W związku z tym, że pogoda była tego dnia znacznie spokojniejsza, główne ciężkie drewniane drzwi zostały otwarte na oścież i już z ulicy można było dostrzec ruch wewnątrz. Przy drzwiach szybko dostrzegła znajomą sylwetkę pana, z którym rozmawiała kilka dni wcześniej. Uśmiechnęła się lekko z pewną ulgą, bo prawdę mówiąc nie miała żadnej gwarancji, że bez niego ktokolwiek da wiarę tylko jej słowom „że była tu i jakiś pan ją przyjął”. Tak, to by było co najmniej dziwne. Gdy stawiała stopę na pierwszym stopniu schodów została przez niego zauważona. W oczach mignęła mu wesoła iskierka.
- Niespóźniona. Dobrze. - Mruknął. - Masz dokumenty?
- Dzień dobry. Tak... - Zaczęła, ale przerwał jej.
- Dobrze. Po inauguracji to załatwimy, dobra? I tak wszyscy będziecie w kupie siedzieć na auli... Przyjdź pod sekretariat jak już się skończy i poczekaj na mnie. Parter, po lewej stronie. Wierzę, że znajdziesz. Ma takie duże złote litery na drzwiach, które układają się w słowo: „sekretariat”. Nie „dyrektor”, nie „zastępca”, nie „dozorca”. „Sekretariat”.
- Dobrze, chyba...
- Aula na piętrze po prawej. - Znowu jej przerwał.
Avery uchyliła lekko usta chcąc coś powiedzieć, potem je zamknęła rezygnując z tego pomysłu i tylko z lekkim uśmiechem mruknęła „dziękuję” kierując się do środka budynku. Pan, którego imienia i nazwiska nadal nie znała był taki nietypowy. Trochę nieprzystępny z zewnątrz, ale dziewczynie wydawało się, że pod tą lekko najeżoną fasadą kryje się całkiem sympatyczny człowiek. Była ciekawa, co pokaże czas. W końcu będąc w szkole na pewno nieraz go spotka. Ciekawiło ją też jaką rolę pełni. Na korytarzu ruch wydawał się jeszcze większy niż przed budynkiem, ale spowodowane to było ograniczoną przestrzenią i generalnym kierunkiem studentów w stronę auli. Było parę minut przed 10, więc oficjalna inauguracja miała się rozpocząć lada chwila. Z ciekawością rozglądała się po budynku. Część ścian pokrywały prace plastyczne i zdjęcia. Trochę tak, jakby szła korytarzem klubu obklejonego plakatami zespołów, które tam występowały. Nawet studenci wydawali się jakby wyjęci z imprezy. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest to placówka artystyczna, bo spora część ludzi podkreślała tę odmienność jakimś akcentem w wyglądzie. I tak przewijały się różne kolory włosów, nietypowe fryzury, fragmenty tatuaży czające się za kołnierzykiem czy podwiniętym mankietem białej koszuli i kolczyki w różnych miejscach, nie mówiąc o garderobie, bo tylu interpretacji „uroczystego” ubioru Avery jeszcze nie widziała. Bez trudu znalazła się w auli idąc z resztą uczniów. Pomieszczenie mimo, że nie wydawało się zbyt duże, pomieściło całą napływającą masę ludzi. Byli tam najwyraźniej nie tylko studenci, ale również nauczyciele, którzy próbowali koordynować ruch. Szatynka ulokowała się na jednym z rozkładanych krzeseł w trzecim rzędzie, skąd miała niezły widok na podwyższoną scenę. Stała tam niewielka grupka ludzi, którzy rozmawiali ze sobą, nie przejmując się zamieszaniem panującym na auli. Wreszcie jeden z nich spojrzał na zegarek, odwrócił się w stronę widowni i podszedł do mikrofonu, który ustawiony był na środku podwyższenia. Był to mężczyzna w średnim wieku o krótko ściętych, płomiennorudych włosach i średniej długości brodzie. Chrząknął do mikrofonu i odezwał się niskim głosem z melodyjnym szkockim akcentem.
- No, możemy zaczynać? Młodzieży, siadać i słuchać... - Zrobił krótką pauzę, podczas której sala zamilkła, a ostatni stojący zajęli miejsca. - .. Witam was na inauguracji nowego roku akademickiego w Akademii Sztuk Pięknych. Jak część z was powinna zdaje się wiedzieć, ale pierwszoroczni i co poniektórzy bardziej roztargnieni może nie – Angus Murray, jestem dyrektorem tej szkoły. Mój gabinet, jakby kogoś to interesowało, jest na parterze obok sekretariatu, po lewej stronie od wejścia. Zajęcia dydaktyczne rozpoczynamy jutro o 8, dostaniecie wtedy plany zajęć w zależności od specjalności. Na drzwiach wejściowych zostanie wywieszona jedynie informacja o numerze sali, do której poszczególne grupy mają się udać. Jeśli macie pytania lub zażalenia proszę nie kierować ich do mnie tylko do sekretariatu. Panie Banks i Silva na pewno udzielą wam światłej rady we wszystkich waszych problemach. - Mężczyzna umilkł na moment i potoczył wzrokiem po sali. - Chciałem wam jeszcze tylko przypomnieć, że to, że nie mamy „królewska” w nazwie nie znaczy jeszcze, że będziemy wam odpuszczać. Proszę nie lekceważyć zajęć i zadań stawianych wam przez wykładowców. To tyle... A teraz znikajcie stąd nie powodując zniszczeń i oszczędźcie moim uszom waszej ekscytacji dzisiejszymi imprezami inauguracyjnymi, bo dobrze wiem, że je organizujecie. - Kilku uczniów zachichotało na ostatnią uwagę dyrektora. - Evans lepiej żebym nic o tobie nie słyszał.. - Burknął na koniec spoglądając na jednego z uśmiechniętych chłopaków.
Avery, oczekująca dłuższego wystąpienia, ze zdziwieniem stwierdziła, że to rzeczywiście koniec, gdy starsi studenci zaczęli się podnosić i kierować do wyjścia. Część uczniów, tak jak szatynka, będących najwyraźniej również na pierwszym roku z pewnym opóźnieniem podniosła się ze swoich miejsc. Odczekała chwilę, aż tył sali zrobi się nieco luźniejszy i ruszyła do wyjścia, a następnie na parter, pod sekretariat, by zgodnie z wytycznymi czekać. Po paru minutach wśród miotających się na korytarzu studentów pojawiła się znajoma, potężna postać, której towarzyszyła jakaś drobniejsza, acz wysoka kobieta, z którą rozmawiał.
- No to chodź. - Mruknął zbliżywszy się do Avery i otworzył przed nią drzwi sekretariatu.
- Cześć Mia. To jest panna... - Umilkł spoglądając na szatynkę.
- Avery Blaise.
- Avery Blaise, która przyszła złożyć dokumenty. Klasa rysunku i malarstwa.
- No, czyli będzie jednak komplet. Myślałam, że po tamtym chłopaku zostanie wolne miejsce...
- Tak. Panno Blaise, proszę załatwić wszystko z panią Banks i widzimy się jutro. - Mruknął i wyszedł z pokoju.
- Proszę mi dać dokument ze zdjęciem, świadectwo ukończenia szkoły średniej i trzy zdjęcia legitymacyjne. - Powiedziała kobieta przyglądając się Avery z ciekawością. - Nie ma pani na liście zgłoszeń.
- No, tak... Nie składałam tu podania... - Mruknęła zaniepokojona szatynka zastanawiając się, czy nie będzie miała w związku z tym jakichś problemów.
- No to musiała mieć pani szczęście, bo zdaje się wskoczyła akurat na miejsce kolegi, który okazał się „pożyczać” prace kolegów z akademii. A przynajmniej pojawiła się pani w idealnym momencie... Noelle Avery Blaise... - Mruknęła skanując wzrokiem jej dowód i wklepała dane dziewczyny do komputera. Przez parę minut zaległa cisza przerywana jedynie stukotem klawiszy. - Będzie musiała pani odebrać legitymację trochę później. Proszę jeszcze mi tutaj podpisać. - Powiedziała wyciągając jakiś druk i podała go dziewczynie. - No, to wszystko na razie. - Avery odzyskała swoje dokumenty i pożegnała się z panią Banks. Ze szkoły pomaszerowała odwiedzić krótko Thea, skoro już była tak blisko. Blondyn oczywiście ucieszył się jej wizytą, chociaż został przez nią obudzony, ale chętnie wysłuchał wrażeń związanych z pierwszym dniem na studiach. Theo działał na Avery uspokajająco i wzbudzał w niej pewien optymizm, a duże znaczenie miało to, że przypominał jej brata. Był tak samo roztrzepany, tak samo rozwalał się na kanapie i przez dobre pół godziny był rozespany jak jej braciszek. A dziewczynie tak naprawdę do szczęścia brakowało teraz tylko rodziny. No, może jeszcze pracy, albo stypendium, ale w tym momencie tak się tym nie przejmowała. Trochę nerwów ją opuściło, bo miała za sobą pierwszy dzień i oznaczało to tyle, że niniejszym oficjalnie czuła się studentką.